26/02/2021

#halfdoptanniversary, czyli półroczna przygoda z Figą

Figa - około półtoraroczna kundelka adoptowana z krakowskiego schroniska 27 sierpnia 2020 r. Kudłate uszy, wiewiórczy ogon, białe "paznokcie" i krawat (dziewczyna lubi łamać konwenanse). Wołają na nią lisiczka. Dwie weterynarki niezależnie od siebie stwierdziły, że wśród jej przodków mógł być flat coated retrevier, ale kto jeszcze - nie wiadomo.

© Paulina Drąg (@z.lasu.i.z.miasta)

Do trzech razy Figa. Jeszcze rok temu o tej porze myślałam o psie w dalszej perspektywie. Na tym etapie byłam też jeszcze pewna, że nie zdecyduję się na adopcję - chciałam kupić owczarka szetlandzkiego z hodowli. Przyszła pandemia, świat stanął na głowie, a ja około lipca 2020 r. znalazłam na stronie krakowskiego schroniska JEGO. Racucha. Od początku było jasne, że to raczej nie pies dla mnie - za duże gabaryty - pewnie nie byłabym nawet w stanie utrzymać go na smyczy - ale rozum swoje, serce swoje. Kto się nie zakochuje bez sensu, niech pierszy rzuci kamieniem. Ponad pół roku później jesteśmy tutaj i wiemy już wszyscy, że Racucha nie adoptowałam - rozum wygrał, ale dzięki Racuchowi zaczęłam myśleć, że:

a. Może to już pora na psa. Na wiosnę 2020 r. zrezygnowałam z kursu przewodnika beskidzkiego, więc mogłam poświęcić psu czas, który wcześniej poświęcałam na kurs. Pogodziłam się z tym, że nie żyjąc z psem w dzieciństwie / młodości, prawdopodobnie nigdy nie poczuję się w pełni gotowa do adopcji, ucząc się tylko teorii. Można być świetnym teoretykiem w wielu dziedzinach, niestety często sama teoria bez praktyki po prostu leży.

b. Jestem zdecydowana dać dom jakiemuś zwierzakowi, którego los zaprowadził do schroniska. Każdy pies będzie wymagał pracy i zaangażowania - adoptowany czy hodowlany, ale w 2020/2021 roku jest tak szeroki dostęp do darmowej wiedzy w Internecie, że nie musimy od razu zapisywać się na kosztowne szkolenia, żeby jakoś się ze sobą poukładać.

Zaczęło się od Racucha. Potem pojawiła się Runa, niestety nie dane było nam się spotkać. Los zetknął mnie też z Magikiem - chłopakiem z Radys - którego byłam gotowa adoptować, ale ze względu na procedury schroniskowo (a dokładnie ich brak), ktoś zaadoptował go dzień przede mną. Oznacza to mniej więcej tyle, że jechał do domu pewnie dokładnie wtedy, kiedy ja kompletowałam mu wyprawkę w sklepie zoologicznym. Po tym jak ktoś sprzątnął mi sprzed nosa Runę (byłam umówiona na pierwszy spacer, na który przyjechałam, ale niestety Pani wolontariuszka zapomniała mnie poinformować, że pies już pojechał do innego domu), lekko się podłamałam. Po adopcji Magika, kiedy przyjechałam do krakowskiego schroniska następnego dnia i poznałam Figę, byłam już wściekła, że procedury adopcyjne w Krakowie nie istnieją, a na co bardziej popularne psy jest "łapanka". Wkurzyło mnie to okrutnie, ale jedyne co mogłam zrobić, to się temu poddać i nie pozwolić, żeby tym razem ktokolwiek pojechał z nią do domu przede mną. Ja byłam już gotowa do adopcji - miałam wyprawkę skompletowaną wcześniej dla Magika, mentalnie mieszkałam już z tym psem w domu. I tak przez kolejne dni były telefony do schroniska z pytaniem o sterylizację, którą musiała przejść przed adopcją. Były wizyty w schronisku i wreszcie w czwartek, 27 sierpnia 2021. popołudniu przyjechałyśmy do domu, jak tylko wybudziła się z narkozy.

Pierwsze tygodnie były trudne, ale widzę to głównie z perspektywy czasu. Ona została porwana przez obcych ludzi w jakieś nieznane miejsce, dla mnie też wszystko było nowe, czasami zaskakujące. Musiałam nauczyć się, jak to jest dzielić życie z psem. I choć teraz widzę, że było to trudne, to wtedy wydawało się normalne, a do sprawy podchodziłam zadaniowo. Początki były dodatkowo utrudnione przez trudno gojącą się ranę, przez którą pies musiał nosić na zmianę kubrak i kołnierz przez ponad miesiąc. Cóż, jak usłyszałam pewnego dnia od dogtorki - sterylizacja to było cięcie rzeźnika, więc pies niestety cierpiał bardziej niż musiał.

© Magdalena Hajduk (@magdalena_hajdukk)


Otacza mnie wiele wspaniałych osób i otrzymałam od samego początku wielkie wsparcie. Przed adopcją, w czasie adopcji, po adopcji. Na każdym etapie przyjaciele byli nieocenioną pomocą i bez nich nie byłoby nas teraz tutaj z Figą. Kiedy już adopcja doszła do skutku i stała się faktem, do pomocy włączyła się też rodzina. Wszyscy nie tylko nie przeszkadzali, ale też kibicowali. 

Przygotowując się do życia z psem korzystałam głównie z dwóch żródeł:

  • Psiedszkole - szkoła dla psów i choć nie korzystałam nigdy z ich usług stacjonarnie, to jestem członkinią grupy "Psiedszkole - gdzie psy głowami ruszają" na Facebooku, oglądam webinary i czytałam książkę "Słuchając psa" Zofii Zaniewskiej-Wojtków i Piotra Wojtków.
  • Czarne podniebienie - szkoła dla psów w Krakowie, choć na etapie przygotowań korzystałam głównie z kapitalnych treści Jarosława Polaka w formie podcastów. Od marca 2021 idziemy stacjonarnie na szkolenie "Warsztaty Spokoju", żebyśmy obie z Figą nabraly trochę ogłady.
Od jakiegoś czasu obserwuję jeszcze @balans.dog i @weterynarz.tez.czlowiek na Instagramie, oba profile bardzo lubię.

Wiadomo, że czasami się wkurzam, czasami mam serdecznie dość i jestem zmęczona, ale ani przez sekundę nie żałowałam decyzji o adopcji. Trudno jest mi teraz przypomnieć sobie, jak to było wcześniej, kiedy jeszcze Figi nie było. Chyba trochę smutno i nudnawo. Ta agentka potrafi czasami zapewnić skok ciśnienia skutecznie i szybko, ale jestem z nas obu bardzo dumna, bo obie dużo musiałyśmy się się nauczyć i nawzajem siebie zaakceptować, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym teraz jesteśmy. A jest nam powoli coraz lepiej i nie mogę doczekać się, żeby dowiedzieć się, co to właściwie z niej wyrośnie.

© Katarzyna Cieplińska (@kcieplinska)

Do zobaczenia na pierwszych adopcinach 🥳

Kasia

P.S. #halfdoptanniversary to wspaniały hasztag stworzony dla nas przez Agatkę @agata.zebra na tę wyjątkową okazję 😊

10/06/2018

Diagnoza: spondyloartropatia zapalna

Dziś jest jeden z tych dni, kiedy choroba pozwala o sobie zapomnieć. Kolano zaczęło boleć po południu - wtedy zorientowałam się, że nie połknęłam jeszcze codziennej dawki sterydu, który od kilku miesięcy gwarantuje mi względną ulgę. Względną, bo cały czas zdarzają się dni, kiedy wydaje mi się, że na stawy nie działa nic - ani sterydy, ani NLPZ, ani Metotreksat, ani żadna z 3 wersji Tramadolu, które zapisano mi jako pomocnicze leki przeciwbólowe.

Zdarzają się dni, kiedy jedyne o czym marzysz, to żeby dzień się już skończył, bo być może wraz z nadejściem nocy ból choć na chwilę pozwoli Ci zasnąc. W takie dni ważysz każdy stawiany przez siebie krok - zastanawiasz się, czy jest potrzebny, czy lepiej poleżeć lub postać. Nie możesz zdecydować się, w jakiej pozycji spędzać czas - horyzontalnej czy wertykalnej. Teoretycznie, kiedy już stoisz, łatwiej jest się potem ruszyć, niestety w pozycji stojącej nogi szybko się męczą. Jednocześnie leżąc, jedyne o czym myślisz, to żeby szybko nie pojawiła się żadna okoliczność, która wymusi na Tobie choćby konieczność obrotu na drugi bok. W moim wypadku, podczas zaostrzenia choroby we wrześniu 2017 r., jakikolwiek ruch angażujący stawy biodrowe był okupiony ogromnym bólem.

Zdarzają się dni, kiedy ból budzi Cię w nocy. Wtedy, jeśli nie działają leki przeciwbólowe, w niczym nie znajdujesz ukojenia. Leżysz i "modlisz się", żeby czas mijał jak najszybciej to możliwe, bo nie opuszcza cię nadzieja, że w końcu któreś leki zaczną działać. Wręcz jesteś pewny/-a, że to kwestia czasu, aż w końcu któryś lek "zaskoczy" i choć na chwilę odetchniesz z ulgą. Musisz jednak odczekać swoje, bo wiesz, w jakich odstępach czasu wolno ci przyjmować poszczególne dawki leków. Sztywno trzymasz się wyznaczonych zasad, bo nie masz pewności, czy większe dawki pomogą, a jednocześnie obawiasz się, że w innym wypadku w którymś momencie moglabyś stracić nad tym kontrolę.

Jednej rzeczy jesteś pewny/-a - litość nie jest wskazana w żadnym momencie twojej choroby. Kiedy masz zły dzień, najczęściej po prostu nie masz ochoty rozmawiać z nikim, bo ból pozbawia cię zdolności racjonalnego myślenia. Kiedy nastaje lepszy czas w przebiegu choroby i stawy pozwalają choć odrobinę odsapnąć, pytania o to, jak się czujesz, przynoszą odwrotny skutek. Czujesz się lepiej i kiedy choroba pozwala o sobie zapomnieć, nie chcesz drążyć tematu. Najchętniej w takie dni udawałabym, że tematu w ogóle nie ma.

Piszę o tym, bo jest to najbardziej problematyczne zagadnienie związane z chorobą, z jakim spotykam się w relacjach z innymi ludźmi. Jeśli grzecznościowo zadajesz pytanie o to, jak się czuję, najprawdopodobniej uzyskasz mało znaczącą odpowiedź w stylu: "dobrze" lub "poprawia się". Jeśli odpowiedź faktycznie cię interesuje, możliwe że też zadnej wartościowej odpowiedzi nie otrzymasz. Czasami z tego względu, że nie chcę rozmawiać na ten temat, ale jeszcze częściej z tego powodu, że nie potrafię jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Wszystko zmienia się bardzo szybko. Z moich doświadczeń wynika, że na obecnym etapie, kiedy mój stan jeszcze się nie ustabilizował, jeden silnie stresujący dzień w pracy może zaprzepaścić miesiące skutecznego leczenia.

Bardzo chciałabym móc powiedzieć sobie, rodzicom, przyjaciołom, że to tylko stan przejściowy. Że to minie i któregoś dnia obudzę się zdrowa, niestety wiem, że to niemożliwe. Jednak choroba nie jest moim wrogiem, nie walczę z nią. Najlepsze, co w tej sytuacji mogę zrobić, to zaakceptować ten stan rzeczy i nauczyć się żyć w względnej zgodzie ze swoim organizmem. Na swój sposób jestem wdzięczna, że choroba pojawiła się w moim życiu, a było to około 6 lat temu. Zanim zachorowałam, wydawało mi się, że jestem młodym bogiem i mogę wystawić swój organizm na każdą, nawet najcięższą próbę. Niewykluczone, że gdybym w czasie studiów, zwłaszcza na początku, bardziej o siebie dbała, choroba nigdy by się nie pojawiła, nawet pomimo sprzyjającej jej genetyki. Wolę jednak myśleć, że rzeczy nie dzieją się bez powodu i choroba miała mnie czegoś nauczyć. Nie zawsze łatwo jest mi myśleć o chorobie w ten sposób, zwlaszcza kiedy w gorsze dni leżysz, płaczesz i wydaje ci się, że już chyba nigdy nie wstaniesz.

W najgorszym dotychczasowym wydaniu choroba unieruchomiła mnie w łózku na 3/4 doby bez przerwy. Myślę, że był to dotychczas najgorszy dzień w moim życiu, który zakończył się rozmową z dyspozytorem pogotowia przepełnioną płaczem i dramatycznymi prośbami o pomoc. Ból pomieszany ze smutkiem, złością i bezradnością. Każda próba wstania z łóżka kończyła się paraliżem nogi z bólu i powrotem do pozycji wyjściowej, czyli leżenia na plecach w bezruchu, "na nieboszczyka". W tym momencie mogłabym równie dobrze nim być, przynajmniej by nie bolało. To był moment, kiedy obok mojego łóżka nie siedziała już tylko mama, ale za nią stał tata. Oboje patrzyli na mnie i płakali.

Piszę to wszystko po to, żeby ułatwić ludziom, którzy mają ze mną do czynienia, zrozumienie z czym się borykam. Od święta, czasami lub na co dzień. Litość, jak wspomniałam, jest ostatnią rzeczą, o jaką zabiegam. Próbuję przekazać to, o czym trudno jest mówić tym bardziej, że w najgorszych chwilach, kiedy nie mogę się ruszać, a inni martwią się o mnie i jednocześnie nie potafią mi pomóc, towarzyszą temu ogromne emocje. Ciężko jest myśleć racjonalnie. Jednak niezależnie od tego choroba jest integralną cześcią mojego życia w każdym jego momencie zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Nogi sztywnieją mi od długiego siedzenia tak samo w domu, jak i w biurze.

Jeśli jesteś ze mną i znosisz moje humory i kryzysy psychiczne, bardzo Ci dziękuję. Przede wszystkim chciałabym podziękować mamie i tacie, którzy ułatwiają mi życie na każdy możliwy sposób i wiem, że są po mojej stronie nawet, jeśli czasami kwestię mojego dobra interpretujemy różnie. Dziękuję babci, dziadkowi, cioci i przyjaciołom, na których zawsze mogę liczyć, kiedy własny organizm buntuje się przeciwko mnie. Dziękuję, że jesteście. Nie wiem, jak byłoby bez Was, ale nie chcę tego wiedzieć. Kocham Was.

Kasia

P.S. Nic nie pobije łez radości i szczęścia z powrotu w góry po skutecznej terapii.


P.S. 2. Dedykowane Zuzie - Don't take life too seriously. You won't get out alive:

18/10/2016

„The Culture Clash” - introduction.

Dear Readers,

Welcome to the World of smile & joy of travelling. I started this blog 2 years ago while volunteering in Mauritius with AIESEC. There are no doubts it's been one of the most significant experiences in my life. Unfortunately, my motivation to write was gone as I was gone from the paradise island and came back to Poland. About a year ago, having in mind all of my international friends, I came up with the idea of writing about cultural differences, but I didn't follow this thought. Recently, talking to my friend Jehanzaib, who got in touch spontaneously, I reminded myself about it and immediately wrote a message to learn who might want to join such project. Responses were quick, most of the people said yes and decided to confront our points of view one more time as we used to do in Mauritius, spending hours talking about our countries, cultures, traditions, attitudes, but also religions. After a few weeks, the most important conclusion was we are people of the same feelings, emotions, needs and desires. This is exactly the idea behind „the Culture Clash” -  totally different, because brought up in dramatically different environments, from different backgrounds, religions, etc., though still very similar. All you have to do is to notice a human being tucked behind all of the stereotypes, often unjust.

I want to clearly mark, we represent only ourselves here – we don't represent anything or anybody else – we speak for ourselves as people attached to different values, but we don't speak on behalf of people with who we share them. All that we state here are our private opinions trying to show tolerance and respect are enough to build trust and reliable relationship even if in the begging it could seem impossible. At the same time I'm sorry for any mistakes - we're not native English speakers and while we do our best to write correctly, intentions aren't enough and from time to time we might simply lack the knowledge.

Let us start with introducing ourselves – before we actually confront, we want to let you know who we are, why we do what we do and what you can expect. We would be truly happy if you let us know who you are and what brought you here. I do hope you enjoy and we all survive the „Clash”.

Katarzyna, Poland
My name is Kasia and I'm 24 years old. I long for new experiences, people and knowledge in my life. I'm in love with every moment of the life on this Pale Blue Dot. I'm very happy to be born in the country and a family, where I don't have to worry about making ends meet. I do appreciate my comfortable life as I always try to remember there are people whose lives are much more complicated or simply worse than mine. 
Music is what enjoy the most. Sounds accompany every second of my life - whether cheerful, sad or indifferent. Currently, I work as an editor on renewable energy sources which indicates my way of thinking about the future in a global vision. Regardless of the fact I like my job, I spend most of my free time planning travels. Around Kraków, where I live, around Poland, around Europe, around the World - each travel broadens horizons.
People are the most important part of my life - I know well without support of my family, friends and random fellows, I wouldn't be where I am and who I am now. Two years ago I decided to volunteer in Mauritius and I can certainly say it's been the most important journey in my life. I met some of the most precious in my life who decided to stand by me to fight stereotypes and break barriers, trying to build more tolerance and respect in this world.

Pierre, France
My name is Pierre and I'm a 25-year-old French guy. I like to meet new people to broaden my experiences and knowledge since I think that if you don't know something you can't judge it.
Currently I work as a Methods Manager in a small company about screw-machining and it's a kind of my dream job so I'm happy that I managed to find it only 6 months after my graduation. During my free time I like to practice my two passions: archery (with a compound bow) and restoring old cars.
Two years ago I took part to a project in Mauritius in order to graduate for my mechanical engineering degree, this is where I met some of my most precious friends and why I'm here writing to you for giving you some other point of view about our world.

Mahreen, Pakistan
My name is Mahreen Azam. I would like to define myself as a quirky, overly friendly and happy go lucky person. I was lucky enough to pursue a career in something that I loved. Right after graduating in 2015 I started working at a digital marketing agency as a creative associate. With one year down in this field I feel more confident and empowered than ever. Meeting new people and understanding different mindsets has always been my passion and being a marketer I usually do it.
I love reading and traveling both of which let you experience more than your ordinary life. One such larger than life-experience that I gained was in my internship with AIESEC in Mauritius. With a close knit interaction for 6 weeks among individuals from many different countries I realised we are all just humans searching for our roles in this dramatic play called „life”. The highlight surely was celebrating eid and rakhi with everyone. The simple traditions that divide us also brought us closer to one another.

Mohad, Pakistan
My name is Mohad. I'm someone who's hyper, loves fun, stays active and likes to stay positive about everything happening in life. I'm very much passionate about becoming an entrepreneur one day and I would like to take my country ahead, since I consider myself a patriotic person too,. Starting off with personal development, I have met many people in my life. Everyone with of different mindset, different goals and this was actually surprising to note that it always helped me grow. Nourishing, Motivating, Demotivating, Helpful, Genuine, Fake etc these are all the beauties of people that help you to shape up and become something who you really are. One of the best experience of life was Mauritius, where everyone, except 2 of my friends, were new and it's actually crazy to make new friendships and live with it in an exotic place. That time it just gave me a thought, other than language constraint there was literally no difference among. One way or another, we all are workaholic trying to make an impact, sarcastic, jovial and what not. It helped me to broad the vision in my life and now, because of that, I always call myself a happy person who's there not for just his friends living in a town, but for people living physically far, far away and mentally just a second away.

Jehanzaib, Pakistan
My name is Jehanzaib but I like to call myself Sisyphus. I generally have a negative and pessimistic outlook in life and am given into looking for bleak and darker aspects of it: however that doesn't mean everything I view or see is morose. In fact I love meeting people who have a positive view of life and am drawn to philosophy and psychoanalytic hence the source of my darker views. Thanks to my profession I have been able to travel a lot and meet many interesting and vibrant people most of them sharing an opposite view of life than mine.

Hana, Egypt
My name is Hana, I’m 21 years old and I am from Egypt. I’m an environment enthusiast and a foodie that loves horseback riding, reading and trying new things. Despite being an introvert at heart, nothing brings me more joy than traveling, meeting new people and understanding how their cultures shape the way they think and behave. I’ve been working for a year as a research associate at the Research Institute for a Sustainable Environment, where I got to work closely with locals in desert and agricultural communities on sustainable development projects throughout Egypt. My biggest international cultural immersion was my 6 week internship in Mauritius, where I got to live and work with people from various nationalities. It was an incredibly inspiring and an eye-opening experience and I look forward to many more similar ones to come!

Sidra, Pakistan
My name is Sidra, the literal translation of which is, unfortunately, tree in Arabic (though it is supposed to be a tree on the 7th level of heaven). Like a tree though, I’m half-rooted to the ground with my head somewhere in the clouds. My roots, too, spread everywhere; despite a background of marketing and media studies, I am currently teaching more than 200 students the finer points of history. Though I’ll be reaching a quarter century soon, my mentality seems to be going in reverse, a process which started when I formed life-altering friendships two years ago on the blue, blue, blue island of Mauritius, on a trip that I (back then) little expected to change my life. As a partially optimistic realist, a travel fanatic and a book fiend, I try and poke my nose a little too frequently in the lives of friends I’ve made, and sometimes they poke their nose back, and with this constant interference and poking we end up with bonds that, so far, have lasted beyond the constraints of continents and ages and ethnicities.

See you soon!

Kasia

31/08/2014

Île Maurice!

Mauritius... Jakie są Twoje pierwsze skojarzenia?
10 lipca 2014 roku rozpoczęłam swoją przygodę na lotnisku
im. Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie wsiadłam w samolot do Dubaju, skąd kolejnym lotem miałam dotrzeć do pięknej krainy
o egzotycznie brzmiącej nazwie: Mauritius. Na Mauritius dotarłam jako wolontariusz z międzynarodową organizacją studencką AIESEC
 w ramach programu międzynarodowych wolontariatów studenckich Global Citizen. Przed wyjazdem przeprowadziłam wśród przyjaciół
i znajomych sondę, w której zapytałam o podstawowe informacje dotyczące Mauritius. Krótkie omówienie wyników:
1. Mauritius... leży na Oceanie Indyjskim! 39 osób, czyli 54,17% respondentów wskazało tę właśnie odpowiedź. Ponadto 11 osób (15,28%) wybrało Afrykę, co również jest zgodne z prawdą,
bo Mauritius przynależy do tego kontynentu.
2. Mauritius jest państwem... wyspiarskim. Brak zaskoczenia - 100% (72) poprawnych odpowiedzi.
3. W której strefie czasowej leży Mauritius? Przewagą dwóch głosów (24 do 22) odpowiedź poprawna: UTC+3 wygrała z UTC+7. Analizując odpowiedzi, mam pewne wątpliwości czy niektórzy zupełnie ich nie przemyśleli, czy mają zaległości w dziedzinie geografii
z liceum... Patrz: "Mauritius leży w Afryce i w strefie UTC-6" lub "Mauritius leży na Oceanie Spokojnym i w strefie UTC+1". Rzekłabym: interesujące.
4. Jaka religia dominuje? Dwie religie: hinduizm i chrześcijaństwo zyskały identyczną liczbę głosów - 19 (co stanowi 26,39% wszystkich głosów). Jedna z nich jest poprawna, która? Hinduizm, jednak chrześcijaństwo jest drugą najważniejszą religią na wyspie.
5. Ustrój polityczny na Mauritiusie to... republika z demokracją! 43,06% (31) poprawnych odpowiedzi. Pozostałe odpowiedzi: republika z autorytaryzmem i monarchia konstytucyjna z demokracją uzyskały podobne ilości głosów, a więc odpowiednio:
21 i 20.
6. Stolicą jest... Port Louis. Dokładnie 50% uznało tę odpowiedź za poprawną.
Wiemy już, że Mauritius jest państwem wyspiarskim położonym na Oceanie Indyjskim, jednak w którym dokładnie miejscu? Mauritius leży na półkuli wschodniej i południowej, przy samym Zwrotniku Koziorożca:
 
Flaga Mauritius:
 
Myślę, ze na dobry początek to wystarczająca garść informacji o tym małym, tropikalnym państwie. Na sam koniec wpisu pierwsze zdjęcie wykonane przeze mnie po przylocie:
 
 
W nawiązaniu do Poland. Come and complain.: Nie narzekałam, mimo że jestem z Polski.






19/08/2014

Pierwszy post.

Pierwszy post. Drugie zdanie (czy raczej jego równoważnik).
Z pomysłem założenia bloga nosiłam się już od dłuższego czasu,
jednak za każdym razem dochodziłam do wniosku, że to jeszcze nie pora. Mam kilka ulubionych blogów, na które często zaglądam - większość z nich to blogi tematyczne. Jeśli znajdę nowy, ciekawy blog, najczęściej 'przepadam' i naraz czytam kilka lub kilkanaście postów.
Nie jestem fanką blogów-pamiętników czy blogów ogólnotematycznych. Stąd wiele moich wątpliwości dotyczących założenia bloga - nie jestem specjalistką w żadnej z dziedzin, które mnie interesują z tego względu, że jest ich wiele. Dlaczego ktoś dobrowolnie miałby czytać moje wypociny na różne tematy, na których skupiam się w danym momencie swojego życia? Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo nie uważałam, że jestem osobą, które ma do powiedzenia tyle,
żeby chociaż na trochę zatrzymać na blogu potencjalnego czytelnika (jeśli kiedyś okaże się, że byłam w błędzie, będę niezmiernie szczęśliwa, jednak na wszelki wypadek nie nastawiam się). W końcu jednak doszłam do wniosku, że nie to jest najważniejsze - zdecydowałam, ż
e równie dobrze bloga prowadzić mogę też dla siebie. Mam ku temu kilka powodów:
1. Chcę, aby było to miejsce, w którym będę mogła zebrać 
i uporządkować myśli oraz wszystkie ciekawe informacje, które napotykam w swoim życiu, a które zazwyczaj giną w czeluściach mojego umysłu lub komputera. Już sam proces pisania jest dla mnie bardzo pomocny.
2. Jestem pewna, że blog będzie dla mnie pewnego rodzaju pamiątką, do której kiedyś (w razie potrzeby czy chęci) będę mogła wrócić.
3. Mimo wszystko chcę, aby blog był również miejscem, w którym będę mogła podzielić się zdobywanym doświadczeniem - w swoim (prawie) 22-letnim życiu zdążyłam odwiedzić już 29 krajów. Na krócej, na dłużej - faktem jest, że dużo podróżuję i uważam, że powinnam podzielić się tym, co sama mogłam zobaczyć, usłyszeć, poznać, powąchać, posmakować czy czego mogłam doznać. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem szczęściarą i że to ogromny dar, który otrzymałam. Dlaczego? Nie wiem, ale uważam, że zatrzymanie wszystkiego tylko dla siebie byłoby istotnym zmarnowaniem środków, do czego dopuścić nie chcę.
Uważam, że te trzy powody to wystarczająco dużo, aby zacząć pisać. Tak oto zaczynam swoją przygodę z blogowaniem.
The journey starts here!